sobota, 30 czerwca 2012

Rozdział 11




   Trzy dni zajęło mi zastanawianie się nad sensem działania Damona Salvatore, lecz w końcu i tak do niczego nie doszłam. Nie mogłam pojąć jego toku rozumowania i na tym wszystko się kończyło.
   Zabójca zaprzestał ataków. Od dnia ostatniego mordu nic nikomu się nie stało, więc lokalne media rozgłosiły płotkę o tym, że drapieżne zwierzę najwyraźniej opuściło nasz region, jednak ja nawet się nie łudziłam. Miałam pewność, że wampir, kimkolwiek był, jeszcze nie odpuścił i szykował coś spektakularnego. Coś, co prawdopodobnie miało powalić mnie z nóg. Tak czy inaczej na razie musiałam mieć się na baczności. To, że nie atakuje w ogóle nie znaczy, że go tu nie ma. Ukrywa się w jakimś magazynie, lub lesie i knuje. Bo miałam już pewność, że nie zatrzymał się w żadnym miejscowym hotelu, ani że nie ukrywa się w pustostanie. Komendant zarządził rewizję wszystkiego, i nic nie znaleźliśmy. Chyba, że krwiopijca dobrze się ukrywa i chroni swą tożsamość na wszystkie możliwe sposoby. Po każdym zachodzie słońca wszyscy odwiedzający Crazy Moon przed wejściem do klubu byli zmuszeni pokazać dowody tożsamości, lub jakiś inny dokument utwierdzający nas w tym, kim są. Oczywiście wszystko można było łatwo podrobić, ale cóż innego mielibyśmy zrobić? Dolewać napar z werbeny do trunków? Cóż, to akurat nie jest najgorszy pomysł. Koniecznie powinniśmy to wypróbować.
   Tak czy inaczej sprawa krwiopijcy nie miała się najlepiej, ale najgorzej też nie było. Tymczasem nieubłaganie zbliżała się sobota. Przez te wszystkie dni chodziłam do szkoły i udawałam grzeczną uczennicę. W piątek kochaną placówkę zaszczyciła swą obecnością Judith. Wyglądała dużo lepiej, niż jeszcze kilka dni temu. Sińce pod oczami zniknęły, ale jej głos nadal miał charakterystyczną chrypkę. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to jakaś poważniejsza choroba, tylko przyjaciółka nie chce mi o niej powiedzieć. Utwierdziła mnie również w przekonaniu, że z miłą chęcią zjawi się u mnie w sobotę. Chciałyśmy, by był to naprawdę miły wieczór. Na jednej z lekcji zaplanowałyśmy, że zjemy pizzę, a na deser lody waniliowe z bitą śmietaną i polewą czekoladową. Zastanawiałyśmy się też, jaki trunek podać. W końcu stwierdziłam, że wino będzie najlepsze, i że się tym zajmę.
   

   Gdy obudziłam się w sobotę rano, w moim domu panowało niemałe poruszenie. Moja matka i Marcus wybierali się  na bankiet, a przed tym mieli jeszcze odwiedzić jakiegoś stomatologa, przyjaciela mojego ojczyma. Dlatego też już od rana Angela latała po całym domu pakując rzeczy do małej walizki. Mieli wrócić dopiero w niedziele wieczorem. Mnie tam to pasowało. Tyler zostawał ze mną, ale pod groźbą wyrzucenia jego psa na noc z domu obiecał nie robić mi problemów, i najlepiej nie wchodzić mi w drogę.
   Wygramoliłam się z łóżka i ruszyłam korytarzem w stronę łazienki. Z sypialni dało się słyszeć uroczy wachlarzyk przekleństw z ust mojej matki. Pewnie nie mogła czegoś znaleźć, jak zwykle zresztą. 
   Wykąpana i ubrana zeszłam na dół, by coś zjeść. Z czeluści kuchennej szafki wydobyłam paczuszkę z zupką chińską, i czekając na to, aż w czajniku zagotuje się woda, oparłam się o blat. Przy stoliku siedział Marcus, popijając tost kawą i czytając gazetę. Nie ma to jak totalnie beztroskie śniadanko w czasie, gdy jego żona nie mogła sobie poradzić ze spakowaniem kilku rzeczy. Brawa dla bohatera.
   Dosiadłam się do niego, mieszając w misce wodnisty płyn z makaronem o zapachu pomidorów.
- Angela potrzebuje wybawcy – zagadnęłam.
   Popatrzył się na mnie w taki sposób, jakby dziwiło go to, że w ogóle się do niego odzywam. Racja było to nie lada rzadkością, ale się zdarzało. Szczególnie wtedy, gdy czegoś od niego chciałam. Nieraz miałam nawet wrażenie, że jest tak naiwny, iż łudzi się, że zastąpi mi ojca, dając mi wszystko, czego chcę. Nie tędy droga, proszę pana. Aczkolwiek lubiłam korzystać z tej możliwości. Zgadzał się na wszystko. Płacił moje rachunki za telefon i internet,  kupował mi książki, a na urodziny zawsze dostawałam od niego jakiś fajny sprzęt elektroniczny. Być może pragnął wynagrodzić mi tym wszystkim to, że właściwie przez niego moja matka rozstała się z Ralphem. Tylko on, bo wychodziło na to, że Angelę to w ogóle nie obchodziło. Można by rzec, że nie pasowałam do ich idealnej rodziny, a ona już dawno mnie z niej wykluczyła. W końcu nosiłam nazwisko Howard, które nieustannie przypominało jej o byłym mężu.
- Masz jakąś sprawę, Sadie? – od razu się połapał, że o coś mi chodzi.
- Można tak to ująć… – zaczęłam.
- Jeżeli chodzi o Tylera, to musi zostać w domu. – przerwał mi.
   Jak mógł pomyśleć, że może mi chodzić o bachora? Z nim nigdy nie miałam problemów. Wystarczył dobry szantaż lub jakiś tymczasowy rozejm. Tu chodziło o coś znacznie bardziej problematycznego.
- Nie, z bratem dam radę. Chodzi o to, że potrzebuję czegoś z twojego barku – uśmiechnęłam się do niego ładnie.
   Przez chwilę patrzył na mnie nieco nieobecnym wzrokiem, a ja wzięłam na łyżkę trochę makaronu, i przełknęłam go, parząc przy tym język.
- To znaczy? – zapytał w końcu.
- Przychodzi do mnie przyjaciółka. Robimy sobie włoski wieczór. No wiesz, makaron, pizza, i te sprawy. Ale jedyne dostępne mi w tej chwili włoskie wina znajdują się w twoim barku. Oczywiście, jeżeli chcesz, mogę ci później zwrócić za nie pieniądze… - tłumaczyłam powoli, żeby się przypadkiem nie zgubił.
- To nie będzie konieczne. Jeżeli czegoś potrzebujecie, to się nie krępujcie. Tylko nie spijcie się za bardzo. – ostatnie zdanie wypowiedział tonem surowego rodzica. Wiedziałam, ze z Marcusem pójdzie mi łatwo. Taki to już typ człowieka. Spełni każdą moją zachciankę.
- Dzięki. – jeszcze raz przywdziałam na twarz maskę sztucznego uśmiechu. Zabrałam ze sobą śniadanie i przeniosłam się do salonu, gdzie Tyler oglądał bajki. Powoli jedząc zupę, zagłębiałam się w opowieści o Kaczorze Donaldzie.


    Zapadł już zmrok, a ja większość sobotniego popołudnia przeznaczyłam na ogarnianie bałaganu panującego w domu. Nikt nie mówił tu o sprzątaniu. Ogarnianie w moim słowniku znaczyło upychanie wszystkiego tak, żeby goście się na to przypadkiem nie natknęli. Oczywiście zaangażowałam w to brata. Co jak co, ale w chowaniu różnych rzeczy to on był akurat dobry.  Przez cały czas grzecznie mi pomagał, a nawet odkurzył salon. Nie miałam pojęcia, czy mi się podlizywał, czy zwyczajnie chciał wydębić ode mnie jakąś przysługę. Przyjemnie nam się pracowało, słuchając winylowych płyt na adapterze. Głównie piosenki Led Zeppelin. Niech młody poznaje prawdziwą muzykę, przy której byli wychowywani nasi ojcowie. Takie było moje zdanie na ten temat i mimo tego, że za często nie spędzałam czasu z bratem, pilnowałam tego, by poznawał starą muzykę. Gdy ostatnio puściłam mu Whiskey in the Jar w wykonaniu Thin Lizzy, był wielce zaskoczony, że to nie jest piosenka Metaliki.
Musiałam mu wyjaśniać, że to tylko cover, a sama piosenka była niegdyś irlandzką pieśnią ludową.
   Ostatnie, co zostało mi zrobić, przed przyjściem gości, to wyniesienie  śmieci. Narzuciłam na plecy skórzaną kurtkę i z workami wyszłam na zewnątrz. Od razu poczułam zimny, przenikliwy wiatr. Drzewa w pobliżu domu kołysały się w jego rytmie. Ruszyłam podjazdem w stronę kubłów. Wyrzuciłam do nich wszystko, i gdy już miałam wracać do środka, poczułam, jak coś  bardzo szybko się koło mnie przemieszcza. Takie charakterystyczne drgniecie powietrza, zupełnie inne od wiatru. Obróciłam się instynktownie, lecz nikogo nie dostrzegłam. Moje serce mimowolnie podskoczyło do gardła.
Był tu! Wampir! – przemknęło mi przez myśli.
   Nie przejęłam się tym za bardzo. Ostrożnie szłam w stronę budynku, wciąż oglądając się za siebie, dla pewności, że nikt za mną nie idzie. W głębi siebie wiedziałam, że to by mi nie pomogło się obronić. Oni zjawiają się bezszelestnie, niewiadomo skąd. Atakują, robią swoje i już ich nie ma. Moje ludzkie zmysły były zbyt tępe, by dostrzec któregoś z nich, kiedy najwyraźniej nie chciał być zauważony. A może nie? Może korzenie łowcy dawały mi jakieś ponadnaturalne umiejętności? Nie byłam w tamtej chwili pewna niczego.
   Przyspieszyłam kroku. Znów to drgnięcie powietrza, i nawet nie wiedziałam kiedy znalazłam się przygwożdżona do buka rosnącego w ogrodzie. Mignęła mi przed oczami postawna sylwetka mężczyzny ubranego w czerń, lecz już po chwili nikogo nie było, i jedynym dowodem na to, że ten cały niedokończony atak nie był wytworem mojej wyobraźni, było moje położenie i metalowa zapinka do kurtki z logiem jakiegoś zespołu, leżąca u mych stóp.
   Głęboko odetchnęłam, starając się uspokoić bicie serca, które zdawało się oszaleć pod wpływem emocji. Czułam, jak w moich żyłach pulsuje adrenalina. Czyżby kolejny dowód na to, że jestem przeznaczona do polowań na wampiry?
   Podniosłam zapinkę i obróciłam ją w palcach. Była niewielka, wykonana z pozłacanego tworzywa. Nie byłam w stanie rozpoznać, do jakiego zespołu należy logo. Było wytarte i wyblakłe. Na odwrocie jakimś ostrym przedmiotem zostało wyryte:
„Strzeż się łowco, zło nie śpi. My nie śpimy”

   Wyglądało na groźbę. W tamtej chwili przelękłam się nie na żarty. Teraz kolejne ataki, to była tyko kwestia czasu.
Jak mogłam być taka głupia?! – brzmiało mi w głowie. Wierzyłaś, Sadie, że jesteś w stanie pokonać któregoś z nieumarłych? Jak, głupia dziewczyno? Jak chciałaś tego dokonać? – karciłam w myślach samą siebie.
    Tym razem bez żadnych przeszkód udało mi się wrócić do domu. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i od razu udałam się do kuchni po coś do picia. Wampir nie mógł wejść do domu. Nie bez zaproszenia. To jak na razie mnie chroniło.
   Wypiłam duszkiem pół butelki zimnej coli, nie zważając na to, że gaz dosłownie uciekał mi nosem. Musiałam jakoś odreagować wydarzenie, które miało miejsce kilka minut temu. Zapinkę wsadziłam do kieszeni spodni. Postanowiłam się jej dobrze przyjrzeć, lecz dopiero później. Teraz miałam do zrobienia kilka rzeczy. 
   Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk pukania do drzwi. Nie myśląc wiele, otworzyłam.
   Na progu stała Judith ubrana w błękitną sukienkę i katanę sięgającą ledwo pod biust. Wystrzałowo w tym wyglądała, co nie zmieniało faktu, że ja nigdy bym się w czymś takim ludziom nie pokazała.
- Hej, wszystko w porządku? – zapytała dziewczyna. – Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczyła.
Prawie trafiłaś, Jud, tyle że duch w tym przypadku to byłby pikuś – pomyślałam z sarkazmem.
- Tak, wszystko okey. Wejdź.
   Przepuściłam przyjaciółkę w drzwiach, po czym je zamknęłam. Po drodze przejrzałam się jeszcze w lustrze. Rzeczywiście, moja twarz przybrała trupioblady kolor.
   Jutith rozsiadła się przy kuchennym stole majstrując przy korkociągu.
- Wybacz, ale muszę cię na chwilę zostawić. Obiecałam Tylerowi podwózkę. Poradzisz sobie przy zamówieniu pizzy? – zapytałam.
- Jasne!
- W takim razie, cóż, czuj się jak u siebie w domu.
   Blondynka roześmiała się perliście.
- Sadie, ja zawsze czuje się u ciebie jak u siebie – oznajmiła.
   Ja nie miałam humoru do żartów i chyba Judith to pojęła, bo zabrała się za lustrowanie wzrokiem menu.
   Wspięłam się po schodach i zapukałam do pokoju brata. Nie czekając na zaproszenie, weszłam. Tyler siedział na łóżku z tabletem w ręku.
- Gotowy, młody? – zapytałam bez entuzjazmu.
   Dzieciak poderwał się z legowiska i ciągnąc za sobą plecak, podszedł do mnie.
- Oczywiście.
- Rozmawiałam z matką Briana. Możesz u nich spać. I zabrać ze sobą psa. A ja wręcz nalegam.
   Na twarzy chłopca pojawił się radosny uśmiech. Uwielbiał swojego pupila, a zażyłość między nimi było widać na każdym kroku. Gwizdnął krótko, na co owczarek poderwał się z podłogi i podbiegł radośnie do swojego pana z wywalonym jęzorem.    
- Fajnie! – zawołał i pobiegł wraz z psem na dół, a ja poszłam za nimi, zamykając drzwi pokoju.
   Na dole moja przyjaciółka wisiała na telefonie, usilnie starając się dodzwonić do pizzerii.
- Cześć, przyjaciółko mojej siostry – przywitał się z nią Tyler, w biegu założył buty i poszedł do garażu. Zdusiłam w gardle krzyk, żeby uważał. W końcu wampir mógł czaić się na każdym kroku.
- Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak nie znosisz tego dzieciaka – zagadnęła Judith.
- Pomieszkaj z nim tydzień, a się dowiedz – odparłam, ściągając kluczyki od Astona z haczyka przy drzwiach wyjściowych. Zupełnie nie miałam pojęcia, kiedy i po co je tam zostawiłam. 
   Wyszłam na zewnątrz, lecz na werandzie natknęłam się na kogoś. Moje serce na chwilkę zamarło,  ale zaraz uświadomiłam się, że to jeden z moich gości.
- O, hej Stefan! – przywitałam go szczerym uśmiechem. Też się uśmiechnął. – Judith już jest, zamawia pizzę. Wejdź do środka. – otworzyłam przed nim drzwi frontowe, a on niepewnie przekroczył próg.
- Dzięki – mruknął.
- Za co?
- Za zaproszenie – uniósł do góry brwi.
- Nie ma za co. Przecież zaprosiłam cię już kilka dni temu, a ty się przed tym wzbraniałeś. Chyba nie muszę sobie was przedstawiać, co? Poradzicie sobie z Judith beze mnie? – upewniłam się.
- A ty gdzie się wybierasz? – zapytał podejrzliwie.
- Muszę podwieźć brata do kolegi, za chwilkę wrócę.
   Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę garażu. Drzwi od domu zamknęły się za Stefanem z głuchym trzaskiem.
   W garażu zastałam mojego brata, który już zdążył wygodnie się rozsiąść na siedzeniu pasażera. Dach auta był opuszczony, więc dostanie się do środka nie stanowiło dla niego większego problemu.
   Droga w tą i z powrotem zajęła mi nie więcej niż piętnaście minut. Cieszyłam się, że zostawiłam brata u kolegi. Jednocześnie mogłam mieć stuprocentową pewność, że nic go tam nie zaatakuje. Nie zaproszony nic nikomu nie zrobi wewnątrz budynku. Gorzej, jeżeli go zaproszą, chociaż w to mogłam śmiało wątpić.
   Gdy wjeżdżałam na podjazd, światło reflektorów padło na ciemną postać spacerującą po nim raz w jedną, raz w drugą stronę. Któryś to już raz z rzędu serce podskoczyło mi do gardła. Co ja z nim do jasnej cholery mam? Na szczęście rozpoznałam Damona. Wjechałam do garażu, po czym wystrzeliłam z niego jak z procy.
- Co ty tu do jasnej cholery robisz, Damon?! – wrzeszczałam. – Koniecznie chcesz, żebym cię przejechała, albo, co gorsza, zeszła na zawał?
   Na twarzy mężczyzny pojawił się szelmowski uśmiech.
- A cóż ja mogę robić pod twoim domem? Czekam na zaproszenie – zaśmiał się cicho, a mi aż ciarki przebiegły po plecach.
- A co, jeżeli ja nie mam ochoty cię zapraszać do środka? – zapytałam, krzyżując ręce na piersi.
- W takim razie sam się wproszę – mruknął starszy Salvatore, parodiując mój gest.
- Wkurzasz mnie, Damon – podeszłam do niego, dźgając go palcem w pierś. – I ty o tym wiesz. Wiesz też zapewne, że nie bawią mnie twoje gierki.
- Wiem. I co w związku z tym?
- To, że masz przestać! Spotkanie w Los Angeles było tylko zabawą! Byłam pijana, poza tym miałam pewność, że więcej cię na oczy nie zobaczę! Nie chcę, żebyś teraz się wpychał z buciorami w moje życie, tylko dlatego, że wiesz o mnie znacznie więcej niż twój brat, zrozum to!
   Westchnął teatralnie.
- Byłam pijana – nakreślił w powietrzu cudzysłów – jako usprawiedliwienie na wszystko, tak?
   Nie wytrzymałam, ruszyłam w stronę werandy, przeklinając go w duchu za to, że musi być taki irytujący. Usłyszałam kroki za sobą. Oczywiście szedł za mną.
- Aż tak bardzo ci zależy na tym, żeby zepsuć miły wieczór mi, Stefanowi i Judith? – zapytałam, odwracając się w jego stronę.
- Może troszeczkę – padła odpowiedź. Wywróciłam oczami, chcąc już nacisnąć klamkę, lecz mnie powstrzymał. – Sadie, chce rozejmu.
   Wpatrywałam się w niego przez chwilę. On to powiedział, czy słuch płatał mi figle?
- Yyyy...Co? – odparłam wielce inteligentnie.
- Rozejm, zawarcie tymczasowego pokoju. Mam ci pomachać białą flagą przed nosem? – zaczął wymachiwać mi dłońmi przed oczami.
- Wybacz, ale mam wrażenie, iż rozejm z tobą nie ma sensu. To się nie uda, Damon – pokiwałam głową z powątpieniem.
- Nawet na jeden wieczór? – wykrzywił usta w łobuzerskim uśmiechu. – Stefan pewnie naopowiadał ci o mnie wiele rzeczy. W rzeczywistości nie jestem taki zły, jak mnie malują.
- Jaaaasneee – specjalnie przeciągałam samogłoski. Może jednak dać mu szanse na zrehabilitowanie się za ostatnie wydarzenia? – Dobra, chodź. – Otworzyłam drzwi i zaprosiłam go gestem reki. – Wejdź.
   Czułam, że jeszcze tego pożałuję…    


________________________________________________________

Witajcie w ten jakże piękny, już wakacyjny, sobotni wieczór!  Nie wiem, jak Wam, ale mi strasznie podoba się perspektywa dwumiesięcznego lenistwa. Co za tym idzie, będę miała więcej czasu na pisanie i czytanie Waszych blogów. Wiem, ze mam zaległości, jakoś nie umiem się ich pozbyć. Co skończę nadrabiać, już pojawiają się nowe. Nie obiecuję, że nadrobię je w przeciągu najbliżeszego tygodnia, ponieważ wyjeżdżam i nie będę miała za dużo czasu na czytanie. A jeżeli nawet przeczytam, to pewnie nie skomentuję. To ostatnio moja taktyka ;D 
Wybaczcie, że notki nie było tak długo, ale droga Pani Wena odwróciła się do mnie plecami i wyszła trzaskając drzwiami. Bywa. Ale powoli wraca i się rozkręca. Mimo to rozdział wyszedł mi dość denny, chociaż to Wam pozostawiam ostateczną opinię, jak zwykle ;) 
W korekcie pomagała mi Sonrisa, za co jej serdecznie dziękuję, jednakże kilka ostatnich akapitów zostało dopisane bez poprawek. Przepraszam za wszelkie błędy, jeżeli takie wyłapiecie. ;> 
Z dedykacją dla damonvampire. Dziękuję ;** 
Chyba wszystko, co miałam Wam do przekazania. Jakby co, to ramka po prawej ;D 
Całuski! ;** 
PS. Pierwszy raz w historii tego opowiadania pojawił się podkład. Wolicie sami go sobie dobierać, czy chcecie, bym Wam coś zasugerowała, jak dzisiaj? Nie wiem, czy przy tym dobrze się będzie czytało, ale właśnie przy tej piosence pisałam notkę ;)